Radek Wręczycki
Poniedziałek 5.00, budzik dzwoni pierwszy i jedyny raz. Wygrałem walkę z poranną drzemką. Już na starcie dnia pierwszy sukces. Oby tak dalej. Poranek muszę mieć dobrze zorganizowany, nie chcę się spieszyć, im bardziej stresujący poranek w tak zwanym biegu tym gorsze następne godziny. Zaczynam wykonywać poranne rutyny, szczotkowanie, zimny prysznic, śniadanie z kawką, suplementacja z OSA Sport i jeszcze zostaje mi plus - minus 20 minut na pracę przed komputerem. Nie, nie mam tu na myśli pasjansa. Chcę wykorzystać poranek do maksimum, więc programuje trening podopiecznym. Przygotowuję się do zajęć grupowych. Kolejne małe sukcesy, a to dopiero 5.40.  Tak pozytywnie nakręcony jadę na zajęcia do CrossFit Ursus.

6.00 tłoczno jak cholera, myślę sobie: „Czy oni k***a nie śpią?”. Zaczynamy zajęcia. Pierwsza, druga godzina, poszło gładko. Chwila na bajerkę i tym razem trening personalny, jedna - dwie godziny. Pieniądz zarobiony, można jechać na trening. 

Wpadam do Genius Fitness, zbijam pionę ze wszystkimi, oczywiście na buzi z dziewczynami bo jakże inaczej, krótka bajerka i mogę zaczynać. Nie jestem sam, zazwyczaj trenuje z Miłoszem. Blood flow, czyli kilka minut na maszynach, wiosło, air bike, ski – nigdy runner… chyba pora to zmienić? „Może jutro…” 

Patrzymy co tam mamy w treningu i od razu w głowie kreują się pierwsze obelżywe słowa na trenera Against Yourself – ale jak to 5 rund? Przecież po 3 już umrę… pewnie sam tego nie robił… co on rozpisał? Trochę sobie pogadałem, to można zaczynać... Pierwsza runda rozgrzewkowa, drugą już była mocna, po trzeciej wiem, że nie zrobię czwartej… zaczynam czwartą, a przedostatnia runda zawsze jest najgorsza. Piąta runda - to już ostatnia, więc nowy zastrzyk sił i banan na twarzy, bo wiem, że zaraz się to kończy. Zwijam się na ziemi klasycznie, od lewej do prawej szukając swojego miejsca i tlenu, a to dopiero pierwsze zadanie...

Drugie zadanie trochę dwuboju olimpijskiego. Nagrywam się regularnie i ciągle jest coś nie tak, a to łokcie za wolno, tyłek za szybko poszedł do góry, źle podwinięty nadgarstek, słabe zabranie, brak poderwania. Ruch trwa tyle co mrugnięcie oka, a ja jestem w stanie tyle spie… spie…. zepsuć. Kropla drąży skałę więc działam dalej.

Jeszcze jakieś zadanie? Bieganie w kamizelce… - przecież z biegania to najbardziej lubię leżeć na kanapie. Podobny wewnętrzny monolog, zostało mi 500m z tysiąca, to w sumie mniej już niż połowa, później mniej niż 40%, 30%, 20% w zasadzie to mogę przyśpieszyć! Dobiegam, zwijam się jak w pierwszej części. Trening skończony. Wracam do domu. Jem. Krótka drzemka i biorę się dalej za pracę...

C.D.N.